Tragiczne wydarzenia z 19 października 1945 roku
W okolicach Działoszyc, między Śladowem a Kaliną Wielką, doszło do brutalnego mordu na dwóch żołnierzach Armii Krajowej – Józefie Kuli i Franciszku Koniecznym. Zostali oni zatrzymani przez funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Miechowie i przewożeni furmanką wraz z trzecim AK-owcem, Henrykiem Wójcikiem. W pewnym momencie konwojenci skręcili w polną drogę, gdzie doszło do egzekucji.
Według relacji świadków, funkcjonariusze UB najpierw zabrali jednego z zatrzymanych pod szkołę w Kalinie Wielkiej, a następnie czterech lub pięciu z nich udało się z pozostałymi w głąb wąwozu. Po pewnym czasie wrócili sami. Henryk Wójcik zeznał później, że funkcjonariusze pytali go, czy słyszał, jak ostrzegali uciekających przed strzałami – potwierdził, choć nie była to prawda. Kazali mu uciekać, ale sparaliżowany strachem nie był w stanie się ruszyć.
Ślady zbrodni i fałszywe zeznania
Kluczowym świadkiem okazał się były żołnierz AK, który około południa wracał z żoną z pola. Zauważył pięciu mężczyzn wychodzących z wąwozu – trzech w mundurach i dwóch po cywilu. Wojskowi kazali im zawrócić. Po chwili usłyszeli pojedyncze strzały, a następnie zobaczyli trzech mundurowych idących w stronę Kaliny Wielkiej. Gdy podeszli do wąwozu, odkryli ciała Józefa Kuli i Franciszka Koniecznego. Byli zmasakrowani, co wykluczało, by byli to cywile widziani wcześniej. Lekarz z Działoszyc, Karol Grębowski, stwierdził podczas oględzin, że strzały oddano po śmierci ofiar.
Prawdopodobnie powrót funkcjonariuszy do wąwozu miał na celu upewnienie się, że ofiary nie przekażą nikomu informacji, a w raporcie można było zapisać, że zostali zastrzeleni podczas próby ucieczki – co było częstą praktyką UB.
Brak odpowiedzialności i próby zacierania śladów
Żaden z funkcjonariuszy nie poniósł konsekwencji prawnych. Wielu zrobiło później kariery i otrzymało odznaczenia. W raporcie z 5 listopada 1945 roku, podpisanym przez Stanisława Strzałkę, kierownika PUBP w Miechowie, opisano, że 1 listopada 1945 roku trzech funkcjonariuszy konwojujących AK-owców zostało rannych w Dziaduszycach/Nieszkowie, gdy ktoś rzucił w ich kierunku granat. W dokumencie stwierdzono, że czynu dokonali członkowie rodzin Kuli i Koniecznego, a zatrzymani „w drodze usiłowali zbiec i zostali zastrzeleni”.
Po 1956 roku prokuratury w Krakowie i Kielcach oraz Główna Komisja Badania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu trzykrotnie podejmowały dochodzenia, ale wszystkie zakończyły się umorzeniem. Podejrzani odmawiali zeznań, a relacje funkcjonariuszy jako świadków były pomijane. Rodziny ofiar spotykały się ze strachem świadków i propagandą antyakowską, która nazywała żołnierzy AK bandytami.
Kontrowersje wokół motywów
Józef Kula był kierownikiem młyna w Szczotkowicach i członkiem komisji parcelacyjnej w Sancygniowie. Jako organizator zaplecza dla koncentracji oddziałów 106. Dywizji Piechoty AK w Lasach Sancygniowskich posiadał rozległą wiedzę, m.in. o ukrytej broni ze zrzutów. Być może to było powodem brutalnego przesłuchania. Istnieją przypuszczenia, że Kula i Konieczny mogli mieć informacje o osobach, które podczas okupacji współpracowały z bandami, a po wojnie stały się funkcjonariuszami nowej władzy.
Mimo upływu lat, zbrodnia w Kalinie Wielkiej pozostaje w pamięci lokalnej społeczności, a badacze podkreślają wagę przekazywania prawdy o tamtych wydarzeniach kolejnym pokoleniom.
Źródło: Działoszyce i okolice
Fot. facebook.com

